„Rządzą nami chorzy. To czujemy, ale o tym dowiadujemy się po niewczasie” – pisał Bernard Nowak, wydawca i właściciel oficyny Test w przedmowie do polskiego wydania francuskiej książki o podobnie brzmiącym tytule: „Chorzy, którzy nami rządzą”.
O psychopatycznych osobowościach Hitlera czy Stalina świat dowiedział się dużo później niż ujawniono zbrodnie, jakich dopuścili się ci przywódcy wielkich narodów. A jeśli nawet za ich życia komuś zaświtała w głowie myśl, że coś jest nie tak z głową wodza, nie śmiał podzielić się swoimi wątpliwościami nawet z żoną ze strachu, że za profanację duchowego przywódcy przyjdzie mu zapłacić życiem.
Czy coś się zmieniło od bolesnych doświadczeń II wojny światowej i komunistycznych czystek? Od 40 lat cały świat na przemian robi sobie żarty i drży z oburzenia na poczynania pułkownika Muammara Kadafiego, dyktatora Libanu. Na temat jego choroby psychicznej wypowiadali się publicznie przywódcy innych krajów afrykańskich, a także wybitni europejscy psychiatrzy. Niekwestionowany jest wkład Kadafiego w rozwój światowego terroryzmu, a zbrodnie dokonywane przez niego na własnym narodzie są tajemnicą Poliszynela. Niby wszystko wiadomo, niby świat potępia psychopatycznego władcę libijskiego, ale przyjmuje go na politycznych salonach. Przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia Kadafi spotkał się w ramach oficjalnych wizyt z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym, a parę dni później z hiszpańskim premierem, Jose Luisem Zapatero. I choć opinie społeczne w obu krajach goszczących dyktatora Libii nie kryły oburzenia, głos francuskiego I hiszpańskiego ludu nie docierał do pałaców, w których wydawane były kolacje na cześć terrorysty. Jak zawsze zresztą. A Muammar Kadafi zacierał ręce, bo znowu udowodnił, że może robić co chce.
Urodził się na pustyni, w beduińskim namiocie koczowniczej rodziny hodowców wielbłądów w 1942 roku. Był uwielbiany przez ojca, podstarzałego Araba, przekonanego, że to sam „Allach pobłogosławił jego ród, dając mu wreszcie upragnionego syna”. Otrzymał imię Muammed, co w języku berberyjskim oznacza „Ten, który buduje”. Nie był to trafny wybór. Jak dotychczas nie udało mu się zbudować niczego trwałego, natomiast dał się poznać jako wybitny destruktor. Dzieciństwo przyszłego dyktatora było beztroskie, wśród bliższej i dalszej rodziny, z którą jego rodzice przemierzali libijską pustynię. Razem z rówieśnikami zajmował się wypasaniem wielbłądów. Był oczkiem w głowie tatusia, więc jako chlubę rodziny wysłano go do szkoły w Syrcie, małym miasteczku położonym nieopodal rodzinnych namiotów, kiedy miał osiem lat. Uczył się i mieszkał w meczecie, zgłębiając nauki Koranu. Wydawane w Libii biografie wodza rewolucji przedstawiają małego Muammeda jako genialne dziecko. W Syrcie zapamiętano go jako bardzo ciche i nieśmiałe dziecko, niewyróżniające się niczym szczególnym. Stamtąd trafił do szkoły średniej, najpierw w Sebha, potem w Masracie. Jako siedemnastolatek zafascynował się polityką. Zamiast plakatów gwiazd filmowych wieszał nad łóżkiem portrety swoich idoli, arabskich mężów stanu, których podziwiał. To wtedy, jako dzieciak jeszcze, założył partię – „tajny ruch rewolucyjny”, o strukturze wzorowanej na tradycjach komunistycznych. Zgromadził wokół siebie 12 zdolnych, oddanych przyjaciół, z którymi tworzył komitet centralny. Pozostali członkowie ruchu zgromadzeni byli w kilkuosobowych grupach. „Żadnych zbędnych papierów – instruował kolegów. – One zawsze wpadają w ręce policji.” Sam Kadafi musiał być znakomitym organizatorem i strategiem, gdyż przez 10 lat ani policji, ani służbom pałacowym panującego wówczas króla Muhammada Idrysa al-Mahdi, nie udało się zdemaskować wciąż rozrastającej się organizacji młodych ludzi, przygotowujących się do przejęcia władzy w tym małym państwie, liczącym ledwie trzy miliony obywateli, ale posiadającym bogate złoża ropy naftowej. Po maturze, gdy członkowie komitetu centralnego mieli po 21 lat, rozdzielili między sobą funkcje w przyszłym państwie. Według instrukcji swego przywódcy wybierali takie studia, by natychmiast po ich ukończeniu mogli przeniknąć w szeregi najbardziej wpływowych instytucji kraju. Dla siebie i dwóch najbardziej oddanych towarzyszy Kadafi zarezerwował studia w akademii wojskowej w Benghazi. Już wtedy starannie przygotowywał się do zamachu stanu. 1 sierpnia 1969 roku, kiedy król Idrys wraz z rodziną i świtą przebywał u wód w Turcji, Kadafi zaatakował. Jego oddziały przejęły radiostację i zablokowały koszary. Aresztowały też następcę tronu, najstarszego syna Idrysa, który zastępował ojca podczas wakacji. Cała rewolucja trwała dwie godziny. Bez żadnych walk i przelewu krwi 6 tysięcy żołnierzy i 12 tysięcy policjantów poddało się nowemu władcy, który miał wtedy 27 lat. Jeszcze tego samego dnia cztery kraje – Irak, Egipt, Sudan i Syria uznały go za prawowitego przywódcę kraju. Kilka dni później swoje błogosławieństwo dały mu największe potęgi – USA, Wielka Bytania, ZSSR i Francja, a za nimi poszła reszta świata.Łatwe zwycięstwo dla młodego człowieka, ortodoksa islamskiego, wywołało stan podobny do upojenia. Kadafi był (i chyba nadal jest) przekonany, że zawdzięcza ten sukces szczególnej łasce Allacha. Poczuł się wielki, o władzy równej tej, jaką posiadał Richard Nixon. Mieli w końcu takie same stanowiska. Rewolucję w swoim kraju rozpoczął od islamizacji. Znacjonalizował wszystkie niearabskie przedsiębiorstwa, zlikwidował amerykańskie i brytyjskie bazy wojskowe. Opieką za to otoczył wszelkich porywaczy i zamachowców. Mieli u niego schronienie, darmową broń, szkolenia militarne i otwarte linie na bezzwrotne kredyty członkowie IRA, ETA czy OWP bez względu na narodowość i wiarę. Grzmiał z trybun, że zniszczy amerykański i europejski imperializm. To on osobiście stał za wieloma zamachami, m. in. w Berlinie, Rzymie i Wiedniu, starając się, by od podkładanych bomb ginęło jak najwięcej obywateli amerykańskich. Szykował też zamach na brytyjski statek Queen Elisabeth podczas rejsu do Izraela. Dowódca egipskiej łodzi podwodnej, któremu Kadafi zlecił storpedowanie statku królowej brytyjskiej zrozumiał, ze ma do czynienia z szaleńcem. Zlecenie przyjął, a potem zameldował, że zamach się nie powiódł.
Trudno powiedzieć czy Kadafi bardziej nienawidził USA, czy tylko w Amerykanach widział godnego sobie przeciwnika na ringu. Był jak mucha, której wydaje się, ze w walce wręcz może pokonać słonia. Wystawiał na próby cierpliwość kolosa. I bardzo długo uchodziło mu to na sucho. Zarówno Nixon, jak i Carter nie zwracali uwagi na bzyczenie owada z Afryki. Dopiero Reagan podjął męskie decyzje. Upewniwszy się, że zaprzyjaźniony z libijskim przywódcą Związek Radziecki nie włączy się do konfliktu, w 1986 r. wysłał nad Tripolis 24 bombowce z 60 tonami bomb. Cudem, a może znowu dzięki Allachowi, Kadafi uszedł z zyciem. Pod gruzami zginęła jednak jego przybrana córka. Od tego dnia strach połączony z chęcią zemsty przybrały wyraźnie widoczne, chorobliwe rozmiary.
Nie było dwóch takich nocy, które Kadafi spędziłby w jednym łóżku. Codziennie zmieniał siedzibę. Przestał w ogóle sypiać. Podczas obrad rady ministrów potrafił nagle wstać i wyjść, by oddać się modłom. Zaproszony na arabski szczyt w Algierze słuchał przemówień z demonstracyjnie schowaną za czarczafem twarzą. Na prawym ręku miał białą rękawiczkę, jakby nie chciał jej pobrudzić podczas powitań. Ale i tak nikomu nie podał dłoni, co nakazuje wręcz protokół dyplomatyczny. Patrzono na niego jak na błazna z prowincjonalnego cyrku lub z politowaniem kiwano głową nad ułomnością psychiczną Libijczyka. Jeszcze nim Reagan zdecydował się wysłać nad Tripolis bombowce, najbliższe otoczenie Kadafiego było mocno zaniepokojone stanem jego zdrowia psychicznego. W 1978 roku grupa 39 oficerów z autentyczną troską o szefa próbowała go przekonać, że powinien poddać się badaniom w szpitalu psychiatrycznym w Gargaresh. Widzieli zmieniające się nastroje – od wściekłości do całkowitego zamknięcia się w sobie, od euforii po skrajną depresję. Chcieli mu pomóc. Natychmiast zostali aresztowani, a potem wszelki ślad po nich zaginął.
Podobno od 1982 roku Kadafi jest pacjentem prof. Franza Gerstenbranda z Innsbrucku. Kilkakrotnie przebywał też w klinikach psychiatrycznych w Lozannie i Genewie. Podejrzewa się, że cierpi na psychozę maniakalno-depresyjną. Niektórzy psychiatrzy poproszeni o diagnozę na podstawie zarejestrowanych na filmach zachowań, skłonni są raczej podejrzewać schizofrenię. Stan zdrowia dyktatora jest jednak tajemnicą państwową, do której nikt poza chorym nie ma dostępu. Nawet leczący go lekarze dysponują tylko częściową wiedzą, dotyczącą tej jednostki chorobowej, którą zlecono im wyleczyć.W maju ubiegłego roku świat obiegła informacja, ze Muammar Kadafi przebywa w szpitalu w Tripolisie w stanie śpiączki po wylewie krwi do mózgu. Władze Libii natychmiast wydały krótkie dementi: „Pułkownik ma się dobrze”. Przez całą dobę spekulacjom nie było końca. Tym bardziej, że do Tripolisu nagle przyjechały przebywające w Europie wszystkie dzieci wodza rewolucji. Już następnego dnia wieczorem Kadafi pokazał się publicznie i rozmawiał z dziennikarzami. Jak podała agencja France Presse był w dobrej formie. Oskarżył arabskie służby wywiadowcze o rozsiewanie kłamliwych pogłosek i oświadczył, że osoby, które kryją się za tym spiskiem „zostaną pociągnięte do odpowiedzialności”. I pewnie znowu jakaś grupa Libijczyków zniknęła bez wieści. Ale co to obchodzi szefów rządów we Francji czy Hiszpanii. Kadafi przestał już podkładać bomby, a ma ropę. Smutne to, ale dla świata interesów to jest ważniejsze niż jacyś Libijczycy.