Marlena Dietrich

Ewa Andruszkiewicz

Jestem po to, by kochać mnie – napisała Marlena Dietrich w nadtytule do swojej autobiografii. Była uwielbiana przez zwykłych ludzi i szaleńczo kochana przez kolejnych mężczyzn, z którymi się wiązała. Gdyby nie miała nic prócz głosu, i tak by ci złamała serce – pisał o niej Ernest Hemingway. Sama też nie pozostawała dłużna.

Była hojna w miłości, a co najważniejsze, gdy gasły fajerwerki uczuć, potrafiła je zamieniać w prawdziwą przyjaźń. Blade, chude dziecko wojny. Półsierota. Ojciec, oficer policji, zginął na froncie podczas I wojny światowej. Po dziecięcemu modliła się wtedy do Pana Boga, by pomógł Amerykanom zakończyć wojnę, którą na zawsze znienawidziła. Mama w czarnej woalce, wszystkie ciotki w żałobnych strojach, kartofle na śniadanie, obiad i kolację, to jedno zapamiętane przez Marlenę oblicze dzieciństwa. Ale było też drugie – bezpieczna miłość matczyna i babcina, dziewczyńskie fascynacje romantyczną poezją, muzyką oraz szkoła, lekcje gry na fortepianie i skrzypcach u wybitnych berlińskich wirtuozów. Miała być skrzypaczką. W weimarskiej szkole muzycznej wróżono jej wielką karierę. Gdy wróciła na studia do Berlina, prof. Carl Flesch z Akademii Muzycznej, dostrzegając talent, zadręczał ją Johannem Sebastianem Bachem, przez osiem godzin dziennie. Wtedy Marlena zaczęła odczuwać straszny ból w serdecznym palcu lewej ręki. Lekarze orzekli: zapalenie ścięgien i zaordynowali gips. Ukochane stare skrzypce, owinięte w jedwabną chustę powędrowały do przepastnej skrzyni. Wiedziała, że ten rozdział życia ma już za sobą. Jeśli nie muzyka, to teatr – postanowiła Marlena. Tam można recytować Goethego i Rilkego, myślała naiwnie. Dla jej matki, bywalczyni filharmonii i opery, teatr niczym nie różnił się od cyrku. Długo trzeba było ją przekonywać, by wyraziła zgodę na podjęcie przez córkę nauki w berlińskiej szkole aktorskiej Maxa Reinhardta. I tak Marlena, potomkini (ze strony matki) znanej berlińskiej rodziny zegarmistrzów i jubilerów, w której kobiety zawsze były damami, trafiła na deski podrzędnych teatrzyków. Dobrze wychowana, zdyscyplinowana, wykonywała każde polecenie swoich nauczycieli i idoli. Oni zaś bardzo szybko odkryli, że doskonale sprawdza się w rolach ulicznic, prostytutek, wampów. Była niezmordowana. Podczas jednego wieczoru potrafiła zagrać w trzech teatrach. Biegała na przesłuchania, angażowała się w każdą działalność estradową (kabarety, wodewilez). Grywała epizodyczne role w filmach. Na planie filmu Tragedia miłości poznała asystenta reżysera, Rudiego Siebera. To była obustronna miłość od pierwszego wejrzenia. Wzięli ślub (jedyny kobierzec w życiu Marleny, na jakim stanęła), a po roku urodziła córeczkę, Marię. Ich małżeństwo nie przetrwało wielkiego sukcesu Błękitnego anioła, kultowego filmu, który z Marleny uczynił gwiazdę. Ona wyjechała do Hollywood, on pozostał w Berlinie z córką. Związał się z rosyjską tancerką, Tamarą Martul i razem wychowywali Marię. Małżonkowie nadal jednak utrzymywali ze sobą stały kontakt, połączeni wielką przyjaźnią. Tuż przed wojną Marlena sprowadziła całą trójkę do Ameryki. Zamieszkała z córką, a ponieważ Rudi marzył o prostym życiu farmera, więc kupiła mu farmę w kalifornijskiej dolinie San Fernando. Zamieszkał tam razem z Tamarą. Gospodarstwo nie było dochodowe i do końca życia utrzymywała ich Marlena.

Pieniądze nie miały dla niej znaczenia. Nigdy ich nie oszczędzała, ani nie skąpiła. Pomagała przyjaciołom i znajomym wydostać się z nazistowskich Niemiec. Finansowała łapówki dla gestapowców, by wydobyć z ich łap porządnych ludzi i zorganizować bezpieczny przerzut do Anglii. Całym sercem zaangażowała się w walkę z hitleryzmem. Kiedyś śpiewała na żywo w studiu radiowym swój największy przebój wojenny Lili Marlene, sentymentalną piosenkę o dziewczynie, czekającej przed koszarami na swojego chłopaka. Nagle przerwała. Nim amerykański prezenter wyrwał jej mikrofon, wykrzyczała po niemiecku: – Chłopcy! Nie poświęcajcie się! Wojna to gówno! Hitler jest idiotą! Wiedziała, że niemieccy żołnierze łapią w radiu amerykańskie stacje, żeby jej posłuchać.

Hitler musiał o tym nie wiedzieć. Uwielbiał ją. Wysłał do Marleny Dietrich Rudolfa Hessa z misją specjalną. – Będziesz królową Rzeszy – obiecywał Hess w imieniu fuehrera. – Będziemy klęczeć u twych stóp. Tylko wróć! Odpowiedź brzmiała: Nigdy.

Po przystąpieniu Ameryki do wojny całe noce spędzała w nowojorskich klubach dla milionerów. Upijała ich w sztok i wyłudzała czeki na wojsko. – Pani Dietrich, kategorycznie zabraniam pani prostytuowania się – prawdopodobnie powiedział do niej prezydent, Franklin Delano Roosevelt i zaproponował wstąpienie do armii. Została oficerem z żołdem 21 dolarów miesięcznie. Śpiewem żegnała w portach amerykańskich chłopców, wysyłanych do Europy. Przerzucano ją na linię frontu, by dodawała otuchy i zagrzewała do walki. Koncertowała w kantynach i na świeżym powietrzu, traktując to jak patriotyczny obowiązek wobec nowej ojczyzny. Wysłuchało jej w tym czasie na żywo ponad pół miliona żołnierzy US Army. Przez kilka miesięcy śpiewała żołnierzom na froncie z zapaleniem gardła. Niewiele brakowało, a przepłaciłaby to życiem. Z banalnej infekcji wywiązało się groźne zapalenie płuc. Uratował ją sir Aleksander Fleming, przesyłając do polowego szpitala jedną z pierwszych szczepionek penicyliny.

Po wojnie niechętnie grała w filmach. Przede wszystkim koncertowała. W białych etolach, półprzezroczystych opinających ciało sukniach, zdobionych cekinami, śpiewała w najelegantszych salach koncertowych świata. Warszawę odwiedziła w 1964 roku. Miała zaplanowane trzy występy, ale tak spodobał się jej polski klimat, że przedłużyła pobyt. W sumie odbyło się sześć oficjalnych koncertów. Po ostatnim wylądowała w warszawskim Klubie Medyka. Piła wódeczkę ze szklanki, popijała kawą i śpiewała, siedząc na fortepianie – relacjonował dodatkowy występ Leon Bukowiecki, który tego wieczoru był jej tłumaczem. Marlena była zrobiona z najprzedniejszej stali – napisał o niej młody australijski dziennikarz, Hugh Curnow. Gdy się poznali on miał 25 lat, ona o 40 więcej. Zamieszkali w Paryżu. Miał napisać jej biografię. Wyszła z tego obrzydliwa pornografia o związku młodego chłopaka ze starszą panią, w której jedynym zdaniem, godnym zapamiętania było to zacytowane. Po raz pierwszy i ostatni w życiu Marlena źle ulokowała uczucia. Po raz pierwszy też zdarzyło jej się w Sydney nie wyjść na scenę, gdy czekała na nią pełna widownia.

Skupiona przed koncertem, idąc w ciemnościach za kulisami, potknęła się o kabel. Potworny ból w lewej nodze przygwoździł ją do ziemi. Producent pomógł jej wstać i doczołgać się do garderoby. Jeszcze myślała, że po chwili odpoczynku będzie mogła wyjść na scenę, ale ból zamiast mijać, tylko się nasilał. Koncert odwołano, a ją odwieziono do hotelu. Rano, po nieprzespanej nocy, prześwietlenie wykazało złamanie kości udowej. Nie chciała zostać w Australii. Wydawało jej się, że bezpieczniej będzie blisko rodziny, córki i męża. Zagipsowano ją i przewieziono do Kalifornii. Rozpoczęła się szpitalna gehenna. Operacja, wyciąg, znowu gips od pachy po piętę. Udo nie było ze stali, nie dało się więc go zespawać. Nigdy już nie mogła się oprzeć na swoich słynnych, długich i zgrabnych nogach.

Kilkanaście ostatnich lat spędziła w swoim apartamencie przy Avenue Montaigne (Paryż). Nie wstawała z łóżka. Nikogo, poza rodziną, nie przyjmowała. Z przyjaciółmi kontaktowała się wyłącznie telefonicznie. Gdy jednak dzwonili dziennikarze, słyszeli: Pani Dietrich jest w drodze do Nowego Jorku albo pani Dietrich wyjechała do Szwajcarii. Tego głosu trudno było nie rozpoznać, ale nawet paparazzi potrafili uszanować prawo do samotni wielkiej, niepospolitej gwiazdy.

Tuż po swoich dziewięćdziesiątych urodzinach zadecydowała, że dość się nażyła. Przestała jeść. Zasnęła snem wiecznym 6 maja 1992 roku. Zgodnie z ostatnią wolą pochowana została w Berlinie, na cmentarzu Friedenau. – Urodziłam się Niemką i zawsze nią będę – mawiała często ta obywatelka świata. – Ja tylko nienawidziłam nazizmu.