Robił wrażenie człowieka ze stali. Nie imały się go kule wroga podczas wojny, ani wystrzelone w czasie pokoju przez zamachowców z OAS. Nigdy nie widziano jego słabości czy niezdecydowania. Nie wpadał w panikę, nie krzyczał i niczego się nie bał. Zdawałoby się nieludzki. Ale takiego właśnie Charlesa de Gaulle‘a kochano. Podejrzewano, że specjalnie stworzył ten wizerunek mocnego człowieka na potrzeby kariery. Nie musiał. On taki po prostu był.
Irlandzki psychiatra, prof. Michael Fitzgerald, specjalizujący się w problematyce autyzmu, od dawna z uporem maniaka poszukuje wśród życiorysów sławnych ludzi dowodów świadczących o autystycznych cechach ich umysłów. Uważa on bowiem, że u podstaw geniuszu zwykle leżą pewne defekty w funkcjonowaniu mózgu. Zajmując się autystycznymi dziećmi profesor zauważył, że dysfunkcja w jednej dziedzinie życia jest często rekompensowana innymi nieprzeciętnymi zdolnościami. Na tegorocznej konferencji Royal College of Psychiatrists prof. Fitzgerald wystąpił z tezą, że kluczowe znaczenie w karierze politycznej Charlesa de Gaulle’a miał zespół Aspergera. Może szczęśliwie się złożyło, że nikt nie zdiagnozował w porę małego Charlesa i nie podjęto leczenia farmakologicznego czy choćby psychoterapii, które zapewne uśmierciłyby wykluwający się geniusz.
Jako dziecko był milczkiem i odludkiem. To cecha charfakterystyczna dla zespołu Aspergera. Wychowany w konserwatywnej, katolickiej, inteligenckiej rodzinie o korzeniach arystokratycznych, wyglądał jakby się wywyższał. Podobnie jak jego ojciec, dziadek i pradziadek postawę miał zawsze wyprostowaną. Charakterystyczny dla de Gaulle’ów nos nosił przed sobą niczym święty sakrament – mówili krewni i znajomi. Do tego zawsze górował wzrostem nad rówieśnikami. Nie kolegował się z nimi i nie miał potrzeby szukania przyjaźni. Dobrze wychowany, grzeczny, zawsze trzymał dystans. Wyłomem był okres studiów w elitarnej Akademii Wojskowej Saint-Cyr, którą ukończył dwa lata przed wybuchem I wojny światowej. Koledzy ze studiów byli jedynymi ludźmi spoza rodziny, którzy dożywotnio otrzymali przywilej zwracania się do de Gaulle’a po imieniu. Dla wszystkich innych, ministrów i zaufanych doradców był „Monsieur le President”. Do końca życia korespondował ze studenckimi kumplami. Zawsze osobiście odpowiadał na ich listy i zwracał się do nich bardzo serdecznie. Nawet do tych, z którymi różniły go poglądy polityczne.Miał 24 lata gdy mianowano go kapitanem i powierzono dowództwo oddziału stacjonującego w Belgii. Podczas walk na moście w Dinant 15 sierpnia 1914 roku niemiecka kula strzaskała dowódcy prawe kolano i uszkodziła nerwy. Cała noga, od biodra po pięty, była sparaliżowana. De Gaulle’a ewakuowano do Charleroi na leczenie i rekonwalescencję. Wrócił na front dopiero w październiku, by objąć dowództwo kompanii. Pięć miesięcy później odłamek pocisku ranił go w lewą dłoń. Po kilku dniach wywiązało się zakażenie, ręka zwisała bezwładnie, sparaliżowana. Z zasady nie stosował się do zaleceń lekarzy. Jednak z wojny wrócił na własnych nogach, a ręka również odzyskała sprawność.
Jeżeli cierpiał, to po cichu, w odosobnieniu, a rodzinę i współpracowników zmuszał do milczenia na temat jego przypadłości. Tak było w ogarniętym nalotami bombowymi Londynie, gdzie Charles de Gaulle w imieniu Francuskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego starał się o poparcie rządu brytyjskiego dla idei Wolnej Francji. Nagle, w połowie kwietnia 1942 roku poczuł się bardzo chory. Chociaż miał w otoczeniu kilku znakomitych lekarzy, żaden z nich nie umiał postawić diagnozy. De Gaulle wyglądał na umierającego. Od razu postanowiono, że dla dobra sprawy należy utajnić jego chorobę. Prace w londyńskim biurze Francuzów przebiegały normalnie. Prowadzono zwykłą korespondencję, wydawano i wykonywano rozkazy w imieniu szefa. On tymczasem leżał w wynajętym mieszkaniu, pielęgnowany przez żonę. Zbiegiem okoliczności do Londynu przybył dr André Lischwitz, specjalista medycyny tropikalnej. Chory był blady, nieruchomy jak w śpiączce – zapisał w notatkach i postawił diagnozę: złośliwa malaria. De Gaulle zaraził się nią w Afryce, gdzie przebywał wcześniej. Zdaniem lekarza w momencie zakażenia organizm był osłabiony, na granicy wyczerpania nerwowego, otumaniony zbyt dużą ilością nikotyny i niedotleniony. Lekarz zaordynował kurację i dał nadzieję żonie, że silny z natury Charles powinien uporać się z malarią. Tak też się stało. Ledwie wódz wolnych Francuzów dźwignął się z łóżka, nie bacząc na zalecenia lekarskie wpadł w wir zaleglych obowiązków. Rząd angielski nie zorientował się nawet, że życie ich honorowego gościa przez chwilę wisiało na włosku.
Bagatelizował swoje choroby i całkiem realne zagrożenia. Terroryści z OAS, tajnej organizacji wojskowej, występującej przeciwko uznaniu przez Francję niepodległości Algierii, trzykrotnie próbowali pozbawić de Gaulle’a życia. Za pierwszym razem jechał z żoną do swego domu w Colombey-les-deux-Eglises. Samochód prezydencki był eskortowany przez cztery auta ochrony. Pędzono z prędkością 110 km na godzinę. Tuż za Pont-sur-Seine nastąpił wybuch. Na szosie leżała prymitywna bomba, zrobiona z butli gazowej. Kierowca minął ścianę ognia i zatrzymał się kilkaset metrów dalej. De Gaulle wysiadł, żeby sprawdzić, czy nikt z jego ludzi nie ucierpiał. Okazało się, że ogniową zaporę pokonały bez szwanku wszystkie auta prezydenckie. – Co za nieudacznicy! – skomentował z niesmakiem generał i wydał rozkaz kontynuowania jazdy.
Niespełna rok później jechał do Colombey, gdzie w gronie rodzinnym zamierzał spędzić święto Najświętszej Marii Panny. Obok w samochodzie siedziała żona i zięć. Asekurowani przez rządową ochronę pędzili na lotnisko Villacoublay, gdzie czekał na nich śmigłowiec. Byli już w Petit Clamart, gdy padły strzały. Snajperzy celowali z obu stron drogi. Prezydencki citröen został podziurawiony, z dwóch przebitych opon natychmiast uszło powietrze. Auto wypadło na pobocze, ale kierowca sprawnie wyprowadził je z powrotem na szosę i dodał gazu. Zatrzymał się dopiero na lotnisku, które było już niedaleko. De Gaulle wysiadł z samochodu, otrzepał mundur z potłuczonego szkła i jakby nic się nie stało przyjął raport od szefa swojej ochrony. Jego postawa nie zdradzała żadnych emocji. Pani de Gaulle również trzymała fason. Nieco pobladła, ale nie zapomniała wyjąć z bagażnika kurczaków przeznaczonych na świąteczny obiad.
Trzecia bomba przeznaczona dla prezydenta miała spóźniony zapłon. Zamachowcy umieścili ją w wielkim glinianym wazonie przed pomnikiem upamiętniającym desant aliantów w Prowansji. De Gaulle zatrzymał się w tym miejscu, by oddać hołd żołnierzom dokładnie w 20 rocznicę tego wydarzenia. Wiedziała o tym cała Francja. Wokół były tłumy ludzi. Nic się nie wydarzyło. Dwa tygodnie później wielki wazon eksplodował z hukiem. Okazało się, że przed uroczystościami ogrodnicy szczodrze podlali kwiaty wokół pomnika, także te, które rosły w glinianym wazonie. Przy okazji dokładnie podlany został zapalnik bomby. Wybuchła dopiero po wyparowaniu wody. Po tym zamachu poradzono generałowi, by utworzył urząd wiceprezydenta. – Wiceprezydent? A coż on miałby robić? Czekać aż ja umrę? – odpowiedział serią retorycznch pytań. Nie dzielił z nikim władzy. Nie dlatego, że nie chciał. Po prostu nie umiał. Samotny wilk – jak wszyscy aspergerowcy, postrzegani w życiu dorosłym jako ekscentrycy lub dziwacy. Miał fenomenalną pamięć, co też jest cechą charakterystyczną dla zespołu Aspergera. Doskonale znał historię świata. Jego wizjonerski umysł błyskawicznie odnajdywał analogie w przeszłych zdarzeniach i potrafił na ich podstawie bezbłędnie przewidywać rozwój wypadków. Ten oschły mężczyzna całkowicie zmieniał swoje oblicze, gdy wjeżdżał do La Boisserie (tak nazywa się posiadłość de Gaulle’ów w Colombey). Tu, wśród łagodnych wzniesień, czuł się bezpiecznie, był kochany i kochający, żartował, bawił się z dziećmi. Miał ich czworo, ale najwięcej uwagi poświęcał córce Anne. Jest moją radością. Pomaga mi przezwyciężać wszystkie porażki i przeżywać wszystkie zaszczyty, uczy mnie widzieć więcej – pisał o niej w swoich dziennikach. Anne urodziła się w noc sylwestrową 1928 roku jako trzecie dziecko. Jej starsze rodzeństwo, a także urodzony później brat, byli zdrowi i rozwijali się prawidłowo. Anne przyszła na świat obciążona mongolizmem. Nigdy nie nauczyła się nawet mówić. A jednak generał znalazł z nią wspólny język. Śpiewał jej, opowiadał różne historyjki. Był jedyną istotą, potrafiącą wywołać uśmiech na jej twarzy. Anne zasypiała najlepiej, kiedy tata kładł ją spać. Potrafił więc z odległego poligonu jechać wiele godzin, by utulić ją do snu, a przed świtem wyruszyć w podróż powrotną. Tych dwoje ludzi, każde zamknięte we własnym świecie, dawało sobie najczystszą miłość. Stosunek de Gaulle’a do upośledzonej córki miał ogromny wpływ na zmianę nastawienia ludzi do dzieci z zespołem Downa. Anne zmarła w wieku 20 lat i pochowana została na cmentarzu w Colombey. Generał już wtedy mówił, że po śmierci chce być pochowany u jej boku. Żył jeszcze 22 lata, raczej w dobrym zdrowiu, przeszedł jednak dwa zabiegi chirurgiczne. Najpierw usunięto mu kataraktę, potem poddany został operacji prostaty. Po wycofaniu się z polityki prowadził zdrowe życie w Colombey. Śmierć przyszła niespodziewanie. Oczekując na kolację zasłonił okna w bibliotece, żeby odgrodzić się od listopadowej pogody. Usiadł w wygodnym fotelu i stawiał pasjansa. Obok siedziała żona. Nagle wyprostował plecy. – Jak boli – jęknął i osunął się na fotel. Sekcja zwłok wykazała, że doszło do pęknięcia aorty. Rozległy krwotok do jamy brzusznej spowodował krótkotrwały silny ból w kręgosłupie. Osiemdziesięcioletni de Gaulle stracił przytomność i zmarł. Został pochowany na małym cmentarzyku w Colombey, obok ukochanej córki.
Zespół Aspergera
Nie jest to choroba, a raczej dysfunkcja. Jej nazwa wywodzi się od nazwiska austriackiego psychiatry dziecięcego Hansa Aspergera. Na początku XX wieku opisał on grupę swoich podopiecznych zakwalifikowanych do leczenia z rozpoznaniem – autyzm. Wszyscy oni różnili się od pozostałych pacjentów wysokim ilorazem inteligencji i niesamowitą zdolnością do koncentracji na interesującym ich temacie. Przy tym, podobnie jak dzieci autystyczne, pozbawieni byli empatii. Nie potrafili czytać z twarzy i gestów innych ludzi. Nie umieli też wczuć się w ich emocje. Zespołem Aspergera obciążeni byli prawdopodobnie: Albert Einstein i Isaak Newton, Thomas Jefferson. Zespół Aspergera często nazywany jest inteligentnym autyzmem.