To, że udało się Pani znaleźć właściwą drogę postępowania świadczy przede wszystkim uzyskany wynik. Waga obniża się optymalnie w czasie, a uzyskiwany ubytek masy ciała zachodzi głównie kosztem utraty zbędnego tłuszczu przy jednoczesnej ochronie masy beztłuszczowej (masy mięśniowej). To świadczy, że organizm czuje się doskonale i z bez problemu pozwala uszczuplić nieco zapasów. Skoro otrzymuje jedzenie regularnie a posiłki są wartościowe, nie ma więc potrzeby tak oszczędzać. Trudno jednoznacznie ocenić na podstawie Pani opisu co warto jeszcze zmienić, ale myślę, że obecnie powinna się Pani skupić nie tyle na wprowadzaniu kolejnych zmian, co po prostu na sumiennej realizacji obecnego planu. Co mogę jednak poradzić. Przede wszystkim drogę jaką Pani sobie obrała nie może być tymczasowa. To zagwarantuje Pani największy sukces. Dlatego zmiany w sposobie żywienia muszą być tak dobrane, aby nie wprowadzały żadnych przymuszeń. Jeżeli raz po raz ma Pani ochotę zjeść coś mniej wartościowego czy słodkiego, proszę się tym absolutnie nie zrażać. Nie odbije się to w żaden sposób negatywnie na Pani wynikach. To co będzie pracować na Pani konto to przede wszystkim proporcje wartościowych zmian i złych nawyków. Jeżeli te pierwsze będą w całym rozrachunku stanowić przynajmniej 70%, sukces będzie gwarantowany.
Kolejna istotna rzecz, to także uzmysłowienie sobie, że waga nie będzie spadać cały czas, tak jak sobie życzymy. Proces obniżania się masy ciała na ogół zawsze zachodzi w sposób schodkowy, co oznacza że pojawiają fazy stabilizacji - to całkowicie normalne i prawidłowe. Wtedy (bez względu na długość zastoju) trzeba wciąż trwać w swoich postanowieniach i niczego znacząco nie zmieniać. Można jedynie próbować modyfikować swój plan ćwiczeń, tak aby wprowadzać w aktywności ruchowej nowe korzystne bodźce. Musi się Pani także liczyć z tym, że poziom masy beztłuszczowej prawdopodobnie też nie będzie utrzymywał się w ciąż na stałym poziomie. W miarę obniżania się poziomu tkanki tłuszczowej, masa mięśniowa może również ulegać pewnej korekcie. Po prostu w miarę redukcji obciążenia wagowego, staje się mniej potrzebna. Nie warto oceniać, co dzieje się z ubytkiem mięśni w przeciągu tygodnia czy dwóch, lecz oceniać to zawsze w stosunku do pierwszego pomiaru. Jeżeli w rozrachunku całościowym ok. 70-80% ubytku wagi przypada na tłuszcz, możemy mieć pewność, ze postępujemy właściwie. Tak więc pozostaje mi przede wszystkim życzyć wytrwałości. Bez względu, czy waga będzie chwilowo stała czy ubywała proszę nie zmieniać drastycznie kaloryczności diety czy modyfikować jej składu. Im lepiej dożywimy organizm, tym lepiej nam to wynagrodzi. :)
Poradnie Dobry Dietetyk:
Ostrów Wielkopolski
dr Dariusz Szukała
21. czerwca 2011 08:49
Bardzo dziekuję za motywującą odpowiedź.
Rzeczywiście spadek wagi następuje skokowo- w jednym tygodniu tracę 1,5 kg, a w następnym tylko 0.5 kg. Na razie nie miałam fazy stabilizacji, chociaż przez kilka dni nie mogłam ćwiczyć z powodu alergii-waga ciągle spada. Dziwi mnie fakt, że pomimo 14 km marszu dziennie moja masa mięśniowa zmniejsza się. Może powinnam w czasie ćwiczeń coś zjeść-czasem czuję głód po 10 km i zdarzyło mi się wypić kubeczek kefiru? Pierwsze tygodnie Cwiczyłam na czczo, teraz wypijam miksturę- po 10ml oliwy, soku z cytyny i soku aloesu. Zauważyłam, że męczę się mniej-może to juz skutek wytrenowania;) Nadal jednak nie wytrzymuję dłuższego treningu na orbitreku ( myślałam o nim w perspektywie jesienno-zimowego treningu).
Co do posilków-
sniadania- 2 kromki chleba razowego pełnoziarnistego, cienko smarowane z wędliną lub serem, maksymalnie obłożone pomidorem, rzodkiewką, szczypiorkiem
obiad o 12:00 to zupa warzywna "zielona" zabielana, ale bez zasmażki, mało ziemniaków, marchwi i buraków; np kalarepowa, selerowa, brokułowa itp-jem tyle na ile mam ochotę
obiad o 15:00 to mięso (kurczak, indyk, schab bez panierki), ryba albo podroby- w przyprawach smażone na grillu elektrycznym
oraz surówki ( lubię przyrządzać żółtą, czerwoną albo zieloną-pozornie dziecinne, ale pozwala na urozmaicenie) z sosem jogurtowym. Na kolację zazwyczaj jem płatki z jogurtem, omlet lub kanapki razowego-jeśli rano jadłam cos innego, czasem truskawki z jogurtem albo czereśnie- ale przyznaję, że mam problem z odejściem od drzewa-haha
Co do słabostek o których Pan wspomniał, że nie są grzechem- słodycze to moja słabość, od nich utyłam i chyba się uzależniłam. Przyznaję, że łatwiej mi nie jeść ich wcale niż "tylko kosteczkę". Juz wiem, że cokolwiek słodkiego kupię-zjem. tak więc nie kupuję i problem rozwiązany. Na razie też odmawiam, gdy częstują. Może kiedyś będę mogła nie odmówić...gdy staną się obojętne dla mnie.
evita
21. czerwca 2011 13:57
Ten aktualny plan Pani zajęć wysiłkowych na tym etapie wydaje się dość forsujący, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę obecną dietę. Widzę, że stara się Pani odżywiać zdrowo, jednak w kontekście 14km marszów przy obecnej wadze, ta ilość jedzenia może okazać się niewystarczająca by zapewnić bardziej długofalowy efekt. Proszę nie bać się wzbogacić diety w kalorie. Jeżeli organizm ma stać się bardziej rozrzutny w wydatkowaniu energii, to musi czuć się komfortowo. Tak samo, jeżeli ktoś miałby ograniczone wpływy finansowe a rozrzucał się pieniędzmi. Wiadomo, że szybko zbankrutuje. Organizm wprawdzie nie zostanie energetycznym bankrutem bo skutecznie uruchomi mechanizm oszczędzania kalorii, czego efektem będzie zatrzymanie spadku wagi. Tego typu doświadczenia przechodziła Pani już na innych dietach odchudzających, dlatego warto wyciągnąć tutaj stosowne wnioski. Jeżeli chcemy dużo ćwiczyć, musimy także więcej jeść!
dr Dariusz Szukała
21. czerwca 2011 14:16
Bardzo dziękuję za tę wskazówkę - już rozumiem skąd się bierze ten nieplanowany apetyt na czereśnie:-)
Pomyślałam, że może zmniejszę dystans lub zwiększę intensywność marszu jednocześnie zmniejszając dystans- na ile będę mogła tzn unikając zadyszki. Proszę o sugestie.
Jeśli chodzi o kaloryczność to czuję się dobrze- pod warunkiem utrzymywania tego schematu posiłków. Może organizm "nauczył się oszczędnie gospodarować" - wcześniej jadałam dwa posiłki dziennie i dojadałam słodyczami. O stałej porze jadałam tylko śniadanie.
evita
21. czerwca 2011 15:30
Wracam do wątku uparcie;) szukając odpowiedzi na nowe pytania. Od 6 tyg zmieniłam plan treningowy- pogoda nie sprzyja marszom więc przeniosłam sie na siłownię. Staram się ćwiczyc codziennie, przy zmiennej intensywności tzn. jeden dzień marsz bardzo intensywny 40-45 min= rozgrzewka i ćwiczenia na sprzęcie z małym obciążeniem 4serie po 15 skupiając się na mięśniach tułowia i brzucha; naprzemiennie z dniami gdy na bieżni trenuję spokojnym tempem ok 30 min i wtedy ćwiczę na sprzęcie mięśnie nóg po 4 serie j/w , czasem dodatkowo "brzuszki".
Co do diety -wiele nie zmieniłam. Kalorii nie liczę- zdrowo i kolorowo; praktycznie bez mąki pszennej, cukru, soli mało.
Efekt ćwiczeń jest widoczny- obwód bioder zmniejszył się o 5 cm, w pasie 3 cm; innych pomiarów nie mam, ale zauważam że nawet nadgarstki mam szczuplejsze. Wyraźnie zmieniają się mięśnie, skóra jest jędrniejsza. Mam więc powody do radości. Jedyne co zastanawia to, że ubytek wagi jest niewielki-ok 1 kg. Skoro mam sporą nadwagę dlaczego organizm nie korzysta z tych rezerw? A jeśli korzysta, to dlaczego tak oszczędnie? Zdaje sobie sprawę, że tkanka mięśniowa jest cięższa od tłuszczowej, ale jakoś nikt mi nie wierzy, gdy na pytanie "ile schudłaś" mówię "kilogram i jeden rozmiar". Proszę o wyjaśnienie czy mogę jakoś wpłynąć na ubytek wagi, bez głodzenia się ani katowania dietami "cud". Może powinnam zmienić plan ćwiczeń?
Pozdrawiam serdecznie
evita
28. listopada 2011 13:57
Myślę, ze teraz jest idealny moment na to aby zrozumieć, że waga nie ma większego znaczenia :). Proponuje w ogóle się nie ważyć, a jedynie obserwować zmiany zachodzące w składzie swojego ciała. To co w tej chwili się dzieje jest dowodem na to, że dobrze zaplanowany trening w połączeniu z logicznym i urozmaiconym żywieniem potrafi czynić cuda. Jeżeli ubyło 5cm w biodrach i 3 cm w pasie a waga się istotnie nie zmieniła, to właśnie dowód, że cuda naprawdę się zdarzają :) Myślę, że jakakolwiek próba analizy tego co się obecnie dzieje popsuła by całą zabawę i niepotrzebnie wprowadziła zamęt :) Życzę dalszych tak "wymiernych" efektów. Aktualny wynik zmniejszających się obwodów, wcale nie świadczy że organizm oszczędza ;) Oszczędzałby by wtedy, gdyby waga szła w dół a obwody pozostawały bez większych zmian. :)
dr Dariusz Szukała
28. listopada 2011 22:23
To znaczy, że zostanę stukilową chudziną nawet jeśli moje wymiary osiągną 90-60-90?
Może ja za dużo analizuję i staram sie zrozumieć za wiele...może po prostu zaufam naturze, która i tak wie lepiej ode mnie. Powinnam się chyba bardziej cieszyć tym, że niemłode ciało a jednak potrafi odbudowywać mięśnie w momencie, gdy naturalnie ich ubywa.
evita
29. listopada 2011 00:19